Ktoś via gógl zapytał trzeźwo:
"czy można kastrować kotkę 7-letnią"
odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale jeżeli kot jest w dobrej kondycji zdrowotnej - nawet powinno się. Wahania hormonalne (ciąże, rujki) i związane z tym zmiany w macicy mogą prowadzić do groźnych chorób, np. ropomacicza i różnych rodzajów raka.
Przed kastracją kot powinien być zbadany przez weterynarza, który przeprowadza wywiad, pyta o ewentualne dolegliwości, przeprowadza badanie itp. Jeżeli narkoza będzie dla kota przeciwwskazana, z pewnością o tym powiadomi właściciela. Czasem zdarza się, że mimo ryzyka przeprowadza się zabieg, gdyż jest niezbędny dla ratowania życia kota (w przypadku nowotworów itp.).
Ja w każdym razie polecam :) Xena została wykastrowana aborcyjnie gdy miała 13 lat. Szybko doszła do siebie i dziś, po prawie dwóch latach, czuje się wciąż bardzo dobrze. Strach jednak pomyśleć, co by było, gdybyśmy zaniechali operacji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterylizacja kotów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterylizacja kotów. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 września 2009
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Nieprzyjemny temat...
...jednak wszyscy opiekunowie kotek powinni o nim wiedzieć. Mówię o ropomaciczu. Jest to choroba spowodowana zachwianiem równowagi hormonalnej (na skutek częstych ciąż, rui, antykoncepcji hormonalnej), które w efekcie wywołuje nadczynność gruczołów macicznych, ich przerostu i następnie zakażenia ich wydzieliny.
Chorobę można wyleczyć przez kastrację kotki/suki chorej, w wyjątkowych przypadkach podejmuje się leczenie farmakologiczne bez kastracji.
Każdą domową kotkę może spotkać ta choroba, przede wszystkim chorują jednak te, u których zastosowano antykoncepcję hormonalną (zastrzyki, pigułki). Trzeba pamiętać jednak, że jedyną skuteczną metodą zapobiegania ropomaciczu jest kastracja (czyli całkowite usunięcie macicy i jajników).
Objawy ropomacicza są bardzo zróżnicowane, jednak podstawowe to (cytuję za stroną Kociego Pazura):
zwiększone pragnienie i oddawanie moczu wymioty wyciek z pochwy apatia powiększony brzuch brak apetytu Czasem jednak objawy są nieswoiste...
Tutaj można obejrzeć zdjęcia chorej macicy. Uwaga! Zdjęcia nie dla wrażliwych!
Na stronie znajduje się sporo ciekawych informacji o tej chorobie.
Jak zwykle, do znudzenia, zachęcam do kastrowania kotów i psów. To nie jest widzimisię obrońców zwierząt - to nasz obowiązek, jeżeli chcemy chronić naszych podopiecznych od niepotrzebnego cierpienia. Ropomacicze przecież boli i nie zawsze jest uleczalne...Kastracja jest tańsza niż leczenie zwierzęcia i długotrwałe podawanie hormonów. Tańsza od odchowywania kolejnych miotów. To się naprawdę opłaca kotom i ich właścicielom.
Chorobę można wyleczyć przez kastrację kotki/suki chorej, w wyjątkowych przypadkach podejmuje się leczenie farmakologiczne bez kastracji.
Każdą domową kotkę może spotkać ta choroba, przede wszystkim chorują jednak te, u których zastosowano antykoncepcję hormonalną (zastrzyki, pigułki). Trzeba pamiętać jednak, że jedyną skuteczną metodą zapobiegania ropomaciczu jest kastracja (czyli całkowite usunięcie macicy i jajników).
Objawy ropomacicza są bardzo zróżnicowane, jednak podstawowe to (cytuję za stroną Kociego Pazura):
Tutaj można obejrzeć zdjęcia chorej macicy. Uwaga! Zdjęcia nie dla wrażliwych!
Na stronie znajduje się sporo ciekawych informacji o tej chorobie.
Jak zwykle, do znudzenia, zachęcam do kastrowania kotów i psów. To nie jest widzimisię obrońców zwierząt - to nasz obowiązek, jeżeli chcemy chronić naszych podopiecznych od niepotrzebnego cierpienia. Ropomacicze przecież boli i nie zawsze jest uleczalne...Kastracja jest tańsza niż leczenie zwierzęcia i długotrwałe podawanie hormonów. Tańsza od odchowywania kolejnych miotów. To się naprawdę opłaca kotom i ich właścicielom.
niedziela, 22 marca 2009
Kastracja aborcyjna
Przeglądając wyniki mojego bloga w Googleanalytics zauważyłam, że ktoś znalazł go po haśle "kastracja aborcyjna kotki w 5 tygodniu ciąży". To ważny temat i - jak każdy tego typu - kontrowersyjny i szeroko dyskutowany na kocich forach.Odpowiadając na pytania ciekawych, a być może jeszcze nieświadomych:
- wykonanie zabiegu jest możliwe u właściwie wszystkich weterynarzy i kosztuje tyle samo, lub prawie tyle samo, ile "zwykła" sterylizacja.
- porządni weterynarze - niestety nie można powiedzieć na pewno, że wszyscy - dosypiają kocięta (zwykle morbitalem), mimo że te są w trakcie cesarskiego cięcia i tak znieczulone przez narkozę podaną kotce (zwykle podaje się jej trochę więcej).
- ryzyko związane ze sterylizacją aborcyjną jest większe niż w przypadku "zwykłej" sterylki, ale należy pamiętać, że sam poród to niebezpieczny proces - zarówno dla kotki jak i kociąt.
Istnieje wiele poglądów na temat sterylizacji aborcyjnej. Wiele osób z przyczyn etycznych, religijnych, a także emocjonalnych, nie zgadza się na sterylizację aborcyjną kotek w ciąży, także tych wolnożyjących, i dopuszcza do porodu.
Ja, a także wiele innych osób zajmujących się w jakiś sposób problemem bezdomności, uważam, że korzyści płynące ze sterylizacji aborcyjnej przeważają nad zagrożeniami i wątpliwościami natury etycznej.
- Organizm kotki nie jest obciążony trudami karmienia, burzą hormonalną, porodem.
- Nie przychodzą na świat kolejne kocięta
- Kocięta usypiane są w sposób humanitarny, tak, by nie odczuwały bólu ani strachu
Kotki w ciąży nie można porównywać do ludzkiej matki spodziewającej się dziecka. Różnica polega właśnie na tym, że kotka nie spodziewa się. Nie myśli abstrakcyjnie, więc nie planuje, nie cieszy się z powodu nadchodzącego macierzyństwa. Znacznie więc lepiej wysterylizować ją w czasie ciąży niż usypiać ślepy miot. Po pierwsze kocięta mają wtedy już znacznie lepiej rozwinięty układ nerwowy, po drugie kotka ma już rozbudzony instynkt macierzyński - śmierć jej kociąt przyniesie więc jej cierpienie.
Po podjęciu decyzji o kastracji aborcyjnej kotki warto znaleźć dobrego weterynarza, który podejmie się zabiegu, zapewni o tym, że dośpi kocięta, wyjaśni, jak opiekować się kotem po operacji.
Sterylizacja aborcyjna mojej 14-letniej obecnie Xeny przebiegła bez komplikacji. Kicia szybko doszła do siebie. Porodu mogłaby nie przeżyć...
Aby uniknąć wszystkich kontrowersji, wątpliwości i niepotrzebnego ryzyka, najlepiej wysterylizować swojego kota jak najszybciej, gdy tylko będzie to możliwe - około 6-7 miesiąca życia (niektórzy weterynarze proponują jednak późniejszą kastrację, dlatego proszę się nie zdziwić...). Co do tego zgodni są wszyscy miłośnicy kotów: to najskuteczniejsza metoda ograniczania problemu bezdomności.
środa, 15 października 2008
Przeprowadzka
Andaluzja dziś wieczorem pojechała do Mimw...
Mam nadzieję - i trzymam za to kciuki - że szybko się tam zadomowi i że nie będzie miała problemów z dogadaniem się z Selectą i Tosią :), czyli pannami rezydentkami.
To z pewnością dobra wiadomość dla wszystkich - Mimw z pewnością znajdzie więcej czasu dla Andaluzji, niż my mogliśmy jej poświęcić przy takiej ilości kotów. To dla kici szczególnie ważne, bo potrzebuje socjalizacji. I...odchudzania ;).
Natomiast mój Bartek na pewno odetchnie - teraz w domu zostały już "tylko" cztery kociaki - w tym dwie rezydentki i dwa tymczasy - Oregon i Mimbla. Mam nadzieję, że szybko znajdą domy...
W tym miejscu chciałabym się jeszcze pochwalić - Kraków będzie miał zupełnie nowiutką, hamerykańską klatkę-łapkę. Mam nadzieję, że już jedzie (łamane przez leci) - zamówiłam wczoraj...
Och, mam nadzieję, że ją szybko "zajedziemy"... marzą mi się całe hordy wykastrowanych kotów...
...ale jestem normalna...;)
Mam nadzieję - i trzymam za to kciuki - że szybko się tam zadomowi i że nie będzie miała problemów z dogadaniem się z Selectą i Tosią :), czyli pannami rezydentkami.
To z pewnością dobra wiadomość dla wszystkich - Mimw z pewnością znajdzie więcej czasu dla Andaluzji, niż my mogliśmy jej poświęcić przy takiej ilości kotów. To dla kici szczególnie ważne, bo potrzebuje socjalizacji. I...odchudzania ;).
Natomiast mój Bartek na pewno odetchnie - teraz w domu zostały już "tylko" cztery kociaki - w tym dwie rezydentki i dwa tymczasy - Oregon i Mimbla. Mam nadzieję, że szybko znajdą domy...
W tym miejscu chciałabym się jeszcze pochwalić - Kraków będzie miał zupełnie nowiutką, hamerykańską klatkę-łapkę. Mam nadzieję, że już jedzie (łamane przez leci) - zamówiłam wczoraj...
Och, mam nadzieję, że ją szybko "zajedziemy"... marzą mi się całe hordy wykastrowanych kotów...
...ale jestem normalna...;)
Etykiety:
Andaluzja,
klatka-łapka,
Mimbla,
Oregon,
sterylizacja kotów
sobota, 21 czerwca 2008
"nadmiarowe kocięta" i humanitaryzm a rebours
W ferworze sesyjno-kociątkowym zapomniałam w ogóle o tym, że powinno się sterylizować, że właśnie wlewa się na nasze niczego nieświadome głowy istne tsunami kocich bied w wieku niemowlęcym. Zaiste, stan to błogi. Niewiedza jest czasem cudowna.
Jutro przyjadą do mnie prawdopodobnie dwa maluchy, będące owocem wiadomych zaniechań. Bo choć kotka zaprzyjaźniona z ludźmi, ufna, czysta, zdrowa, to po co ją sterylizować? Wszystko jest w porządku, rzecz jasna. "Nadmiar kociąt", których nie uda się rozdać w porę, jest wywożony gdzieś w pola. Przeganiany. Na pewną śmierć głodową. To ponoć jest bardziej humanitarne od topienia.
Dziękuję ślicznie za taki humanitaryzm.
Jutro przyjadą do mnie prawdopodobnie dwa maluchy, będące owocem wiadomych zaniechań. Bo choć kotka zaprzyjaźniona z ludźmi, ufna, czysta, zdrowa, to po co ją sterylizować? Wszystko jest w porządku, rzecz jasna. "Nadmiar kociąt", których nie uda się rozdać w porę, jest wywożony gdzieś w pola. Przeganiany. Na pewną śmierć głodową. To ponoć jest bardziej humanitarne od topienia.
Dziękuję ślicznie za taki humanitaryzm.
piątek, 23 maja 2008
Jak nie mieć poczucia przegranej?...
...doprawdy - nie wiem.
Kastrujemy koty, by się nie rozmnażały. To wyścig z czasem. Niestety, wyścig zawsze przegrany. Nie zawsze to widać. Ale to kwestia szczęscia - akurat coś przeoczyliśmy...
Czasami tylko odczuwamy satysfakcję - kolejna kotka, która nie urodzi kolejnych dzieci i nie umrze z powodu ropomacicza. Kolejny kocur, który nie będzie od wiosny do jesieni chodził śmierdzący i wyliniały z powodu szalejących hormonów, który nie zginie (może) pod kołami samochodu, gnany zabójczym instynktem do kolejnej "pachnącej" kotki.
Ale tak naprawdę jest ciągle źle. Nie widzimy na codzień ogromu kociego nieszczęścia, które jest niestety spowodowane nadpopulacją. Jednak gdy zaczyna się dostrzegać koty i rozpoznawać ich problemy staje się jasne, że tej niedoli jest całe mnóstwo, wszędzie. Gdziekolwiek się nie znajdziemy.
Nie każdy człowiek musi być kociarzem. Nie każdy musi zajmować się bezdomnymi zwierzętami. Jednak nauczyliśmy się traktować cierpienie kotów - ich nadpopulację, ogromną bezdomność, śmierć, choroby - jako naturalny element pejzażu miejskiego. Coś jak korki na drogach. Ale korki przeszkadzają nam w codziennym życiu, więc pieklimy się i wygrażamy "górze", która jest odpowiedzialna za brak dróg, parkingów itp. Kota można skutecznie ominąć. Mozna nie zauważyć. Dla miłośników pozostaje wystawianie misek z mlekiem (sic!!) na podwórkach.
Wąska grupa ludzi zajmujących się sterylizacjami nie da rady. Nigdy nie zdążymy na czas.
Nie znaczy to, że bezsensowne są nasze działania. Są sensowne. Potrzebna jest jednak większa skala. I większa wrażliwość społeczna na zwierzęce problemy.
Nie zdążyłam wykastrować kotki. Urodziła wczoraj w nocy. Miałam jechać po nią dzisiaj. Są cztery kociaki. Co ja z nimi zrobię? W mojej łazience Wałeczki i Totka. W "kolejce"5 innych potrzebujących kociąt. Odpowiedź?...
Kastrujemy koty, by się nie rozmnażały. To wyścig z czasem. Niestety, wyścig zawsze przegrany. Nie zawsze to widać. Ale to kwestia szczęscia - akurat coś przeoczyliśmy...
Czasami tylko odczuwamy satysfakcję - kolejna kotka, która nie urodzi kolejnych dzieci i nie umrze z powodu ropomacicza. Kolejny kocur, który nie będzie od wiosny do jesieni chodził śmierdzący i wyliniały z powodu szalejących hormonów, który nie zginie (może) pod kołami samochodu, gnany zabójczym instynktem do kolejnej "pachnącej" kotki.
Ale tak naprawdę jest ciągle źle. Nie widzimy na codzień ogromu kociego nieszczęścia, które jest niestety spowodowane nadpopulacją. Jednak gdy zaczyna się dostrzegać koty i rozpoznawać ich problemy staje się jasne, że tej niedoli jest całe mnóstwo, wszędzie. Gdziekolwiek się nie znajdziemy.
Nie każdy człowiek musi być kociarzem. Nie każdy musi zajmować się bezdomnymi zwierzętami. Jednak nauczyliśmy się traktować cierpienie kotów - ich nadpopulację, ogromną bezdomność, śmierć, choroby - jako naturalny element pejzażu miejskiego. Coś jak korki na drogach. Ale korki przeszkadzają nam w codziennym życiu, więc pieklimy się i wygrażamy "górze", która jest odpowiedzialna za brak dróg, parkingów itp. Kota można skutecznie ominąć. Mozna nie zauważyć. Dla miłośników pozostaje wystawianie misek z mlekiem (sic!!) na podwórkach.
Wąska grupa ludzi zajmujących się sterylizacjami nie da rady. Nigdy nie zdążymy na czas.
Nie znaczy to, że bezsensowne są nasze działania. Są sensowne. Potrzebna jest jednak większa skala. I większa wrażliwość społeczna na zwierzęce problemy.
Nie zdążyłam wykastrować kotki. Urodziła wczoraj w nocy. Miałam jechać po nią dzisiaj. Są cztery kociaki. Co ja z nimi zrobię? W mojej łazience Wałeczki i Totka. W "kolejce"5 innych potrzebujących kociąt. Odpowiedź?...
Subskrybuj:
Posty (Atom)